Jednym ze słów, które zrobiło największą karierę po 1989r. jest „restrukturyzacja”. Przyznam, że od nadmiaru używania tego słowa wielokrotnie robiło mi się niedobrze. Bardzo często, jak ktoś nie chciał lub nie umiał nazwać rzeczy po imieniu, używał słowa-wytrycha „restrukturyzacja. A przy tym jakże mądrze wypadał! Głównie we własnych oczach…

A przecież sprawa jest dość prosta – restrukturyzacja to jakaś zmiana o charakterze całościowym. Najbardziej lubię proste przykłady, obrazujące istotę rzeczy. Zatem, jeśli firma ma problem z ochroną swojego mienia, to postawienie płotu nie jest restrukturyzacją – jest po prostu postawieniem płotu. Natomiast, jeśli postawi płot, zainstaluje kamery, wymieni stróży i wprowadzi nowy system wynagradzania tychże stróży, to jest to właśnie restrukturyzacja, bo zmiany dotyczą kilku elementów składających się na ochronę mienia.

Zatem, czy jeśli firma ma kłopoty finansowe (czyli znowu nazywając rzeczy po imieniu – zarabia mniej niż wydaje, coraz później reguluje swoje zobowiązania, itd.) to zwolnienie części pracowników można nazwać restrukturyzacją? Nie, to tylko zmiana jednego z czynników, który ma wpływ na życie firmy. Ale niestety w praktyce bardzo często wykonanie ruchu, jednego z najprostszych jakie są możliwe, nazywane jest restrukturyzacją. Dzięki temu menadżerowie mają lepsze samopoczucie, ale czynią przez to niepowetowane szkody społeczne. Bo utrwalają mit, że restrukturyzacja to zwolnienia, wyprzedaż majątku, zwijanie firmy i w ogóle „siedem plag egipskich”.

A przecież można inaczej…  Można podać kilka przykładów, że można inaczej. Najbliższy mi jest przykład Walcowni Metali „Łabędy” SA z końca lat 90-tych. Stan wyjściowy był taki: firma o obrotach w wysokości niecałych 100 mln zł, ponad 500 pracowników, 15 ha gruntów zabudowanych halami, budynkami i budyneczkami, które namnożyły się w czasie prawie 100-letniej historii zakładu. I pusty rachunek bankowy, Po „prawej stronie bilansu” strata (paradoksalnie tym większa, im fabryka więcej produkowała i sprzedawała) i około 10 mln zadłużenia. Wchodząc na teren firmy uderzyła mnie cisza. Nie było słychać odgłosów charakterystycznych dla działającej firmy przemysłowej: pracujących maszyn, jeżdżących pojazdów. Dlaczego? Bo nie było pieniędzy na zakup surowców. Produkcję uruchamiano tylko wtedy, gdy klient założył zamówienie i zakupił surowce. Jak taki tryb produkcji wpływał na koszty produkcji, przy technologii zaprojektowanej na pracę ciągłą, fachowcom nie trzeba wyjaśniać.

Gdy po wstępnej diagnozie padło mityczne słowo „restrukturyzacja”, wszyscy pracownicy zobaczyli w osobach nowego zarządu grabarzy…

Dotychczasowa historia i prognozy przyszłości wskazywały, że naprawa całego organizmu jest obarczona dużym ryzkiem porażki, a jednocześnie może wymagać wielu lat. A stan „pacjenta” był krytyczny. Dlatego przygotowany program restrukturyzacji polegał na szybkim usamodzielnieniu trzech głównych obszarów działalności w formie spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Idea była prosta: cała firma utonie na pewno –  poszczególne jej części mogą się uratować.

Takie przekształcenia w firmie spowodowały oczywiście, że pracownicy oczekiwali gwarancji ochrony ich interesów ze strony pracodawcy. Odbyliśmy rundę negocjacji paktu gwarancji socjalnych. Rozmowy były twarde, ale konstruktywne. Pomimo oczekiwań związków zawodowych nie zagwarantowano żadnego utrzymania miejsc pracy, poza uprawnieniami wynikającymi z kodeksu pracy.

Kolejne lata możemy opisać syntetycznie, z lotu ptaka. Z trzech powstałych spółek, zetknięcie z rynkiem przeżyła jedna. Obniżyła koszty, dostosowała produkcję do potrzeb klientów, udoskonaliła zarządzanie, wreszcie – zmniejszyła zatrudnienie, ale bez zwolnień grupowych. Dwie pozostałe nie mogły kontynuować działalności jako samodzielne podmioty gry rynkowej. Ale nie zniknęły jako grupa ludzi i majątku – zostały przejęte przez dobrze radzącą sobie „siostrę”. I dziś, od wielu lat, organizm, który w roku 1998 nosił nazwę WM „Łabędy” SA i był w stanie agonalnym, funkcjonuje, zarabia, daje pracę i nosi nazwę Walcownia Metali Nieżelaznych.

Opisany przypadek, w którym miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć, pokazuje, że mityczna restrukturyzacja nie musi oznaczać utraty pracy na masową skalę, wyprzedaży za bezcen majątku. Pokazuje, że można pogodzić rynkowy i biznesowy bezwzględny realizm z pamięcią, że naprawia się firmy DLA ludzi, a nie ICH kosztem.